|
Rafał Firczyński
Raczkowanie w pionie
Patrząc na ludzi pojawiających się
w salach klubowych mam dziwne wrażenie,
że najliczniejszą grupę stanowią kursanci.
Ponieważ sam jestem kursantem, więc postanowiłem
napisać o kursie skałkowym, który odbył się w Rzędkowicach.
Ale zacznę od początku.
Wyjechaliśmy w piątek wieczorem i już o piątej rano
byliśmy w Katowicach.
Byliśmy
tzn. Patenciarz, Tadziu, Leszek i ja.
Wpadliśmy na wspaniały pomysł poczekania do godziny 11-tej
na dworcu PKP, aż otworzą sklepy ze sprzętem.
Jeszcze w nocy poszliśmy z Patenciarzem zlokalizować sklepy
i udało nam się to bardzo szybko.
Dumni z siebie uznaliśmy, że orientację w terenie miejskim mamy
opanowaną na 5.
Pełen dobrych myśli układałem sobie w głowie trzy różne
warianty zestawu sprzętu, jaki zakupię.
Rozczarowanie moje było ogromne.
W obu sklepach (podobno najlepszych w Polsce) nie było nic,
co chciałem kupić.
Kląłem na czym świat stoi i na polską rzeczywistość.
Następnie udalismy się do Podlesic.
Tu spotkaliśmy Tomka, Bartka i Zanika,
którzy tak nam wytłumaczyli, jak dojść na
Półpiętro, że zwiedziliśmy całą
okolicę przedzierając się przez gęsty las.
Ostatecznie poddaliśmy się i poszliśmy z powrotem po pomoc.
Okazało się oczywiście, że zrezygnowaliśmy z szukania będąc
dosłownie 20 m od właściwego miejsca.
Znajdując się w najsławniejszym gnieżdzie skałkowej wspinaczki,
nie czekając na nic ruszyliśmy na podbój
wielkich (porównując z Murkami) ścian.
Zaczęliśmy skromnie od szóstkowej drogi Dziurki Marczaka.
W życiu nie widziałem bardziej wyślizganych chwytów.
Promienie słońca odbijając się od glazurek raziły oczy.
Najbardziej podobał nam się komentarz Tomka
(on nas wpuścił w tę ślizgawkę)
"przyjeżdżają kursanci z Gdańska i zaczynają od szóstkowej drogi
"
Byliśmy z siebie dumni, bo droga nie sprawiła nam większych trudności.
Zaraz potem poszliśmy na "nieco" trudniejszą VI.1+.
Zawiedliśmy się okrutnie. Udało się nam zrobić może
ćwierć drogi i się poddaliśmy.
Patenciarz spróbował jeszcze drogi VI.2+, która biegła obok
i oczywiście zaszedł znacznie dalej niż na poprzedniej.
Doszliśmy wspólnie do wniosku, że jest tu coś nie w porządku.
Tak minął nam pierwszy dzień w skałkach.
Na drugi dzień łoiliśmy na Kruku.
Zanim jednak tam poszliśmy, rano przy śniadaniu Zanik wykrzyknął:
"zegarek mi zanika!".
Podgrzewając go następnie na maszynce zmusił oporną materię
tymi niehumanitarnymi metodami do dalszej pracy.
Pełen ufności w swe siły postanowiłem zrobić na rozgrzewkę
rysę V+ na żywca.
W połowie drogi zacząłem zmieniać zdanie o trudnościach
dróg piątkowych,
a gdy utknąłem jakieś 8 m nad ziemią,
zacząłem podejrzewać, że decydując się na "tak trudną drogę"
miałem chwilowy niedowład umysłowy.
Ponieważ jednak do końca drogi było jeszcze może 4 m,
a wycof wydawał się równie emocjonujący jak droga do góry,
wybrałem to drugie.
Na szczycie musiałem usiąść, aby rozdygotane serce wróciło do normy.
Wtedy właśnie doszedłem do odkrywczych wniosków, że istnieje
pewna różnica między piątkowym przechwytem na wysokości 2 m,
a przechwytem na wysokości 8 metrów nad ziemią.
Po takich emocjach
poszliśmy z Tadziem poprowadzić
czyściutko "na kościach" IV-kowe zacięcie.
Cóż za przyjemność. Żadnych stresów, a szpeju przy sobie tyle,
że każdy łojant by nam zazdrościł.
Wieczorem wyruszyliśmy do Rzędkowic
Idąc skrótem dołożyliśmy jakieś 700 m do właściwej drogi,
po czym wysnuliśmy wniosek, że orientacje
w terenie leśnym mamy raczej nędzną
(
a mieliśmy ze sobą mapę sztabową).
Od poniedziałku zaczęliśmy kurs skałkowy prowadzony
przez Zbyszka Wacha. Po refleksjach dziewczyn,
które były tu na kursie przed nami, nasze myśli były raczej czarne.
Mieliśmy chodzić tylko po "rzęchach" i prawie wyłącznie na wędkę.
Zostaliśmy jednak mile zaskoczeni przez Zbyszka,
gdyż już pierwszego dnia przeszliśmy z dołem
drogę V+ (Komin Lechfora),
a drugiego dnia pojawiły się już pierwsze szóstki.
Robiliśmy drogi ładne i długie (polecam zrobienie
z dołem pięknej drogi Jarzębinka
na Wodnej Skale, V+, około 30 m w górę).
Najmocniejszą z dróg, na które zaprowadził nas Zbyszek była
Leśna sprężyna (bardzo mocne VI+).
Ma ona 12-15 m, a wysiłek jest znacznie większy niż na niejednej
trzydziestometrowej drodze o tej samej wycenie.
Nasza czwórka tworzyła dość silny zespół, który potrafił się
swobodnie wspinać w szóstkowym terenie, a nasze przygotowanie
praktyczne i teoretyczne było niezłe.
Miało to duży wpływ na przebieg kursu.
Wydaje mi się, że Zbyszek miał przyjemność ze wspinaczki z nami,
a my byliśmy bardzo zadowoleni z dróg, które nam proponował.
Pomimo tego, że stać nas było na trudniejsze technicznie drogi,
to Zbyszek pokazywał nam przede wszystkim drogi ładne i długie,
na których nie brakowało miejsc wymagających "sprężu".
Oprócz wiedzy technicznej dotyczącej wspinania i asekuracji, moją
główną refleksją po kursie u Z. Wacha jest to,
że czasami przyjemniej jest zrobić ładną,
łatwiejszą drogę, niż rzucić się na "krótkie masywne brzydactwo".
Wieczorami mieliśmy okazję rozmawiać ze Zbyszkiem
i Danutą Wach
o ich przygodach wspinaczkowych oraz wielkich ludziach gór.
Wiele autorytetów upadło i wiele nowych się pojawiło.
Oczywiście każdego wieczora przeglądaliśmy bez opamiętania
zachodnie katalogi sprzętu wspinaczkowego.
Na koniec zostaliśmy zaproszeni ponownie do Rzędkowic na obejrzenie
filmów video o tematyce gorskiej i wspólne wspinanie.
Było super!
Każdemu, kto trochę lepiej się wspina, szczerze polecam kurs
Z. Wacha, tym bardziej, że warunki noclegowe i sanitarne są bardzo
dobre. Brzmi to może jak reklama,
ale naprawdę było warto tam pojechać. Na koniec, już po kursie,
poszliśmy ze Zbyszkiem powspinać się na Bibliotece.
Padał śnieg, a myśmy się wspinali na Żółtej Ściance i było wspaniale,
choć trochę zimno.
|