|
Witold Negowski
Słone lody
W słoneczną mroźną niedzielę
chcieliśmy się zabawić na kępie.
Niestety, tłum hotelowych spacerowiczów w strojach narciarskich,
garniturach, szpilkach, futrach itd. odstraszył nas skutecznie.
Ruszyliśmy w kierunku Wzgórza Św. Maksymiliana
bacznie obserwując wszystkie stromizny.
Wszędzie było zbyt daleko i nieciekawie, bądź za blisko i ludnie.
Na wysokości betonowego falochronu przy którym biegła
ścieżka pojawiło się ciekawe zjawisko.
Był to też falochron, tylko że lodowy
wysunięty około 20 metrów w morze.
Długość odcinka przydatnego do trawersowania
wynosiła około 6080 metrów, wysokość od 2 do 2,5 metra.
Wiele przewieszonych nawisów, pionowych gładzi i połogich (80%)
miejsc odpoczynkowych.
Najniższa partia "ściany" nad samą wodą
była całkowicie zlodowaciała co utrudniało wbijanie
mikstowych raków.
Wyżej niejednolite odcinki, w które dziaba siadała
na pół centymetra i takie gdzie wpadała po samo stylisko.
Emocjonująco było przede wszystkim w przewieszeniu,
gdzie traciło się zaufanie do czekana wbitego bokiem
(pionowo przecież nie trzyma).
Powierzchniowa warstwa była bardzo miękka,
nie dochodziły tam fale zaladzające niższe partie.
Każdy błąd podczas trawersu na wyrzuconej krze
można było przypłacić kąpielą w morzu lub zamoczeniem buta
(warto było mieć zapasowe ciuchy). Jest jeszcze coś.
Przewieszone nawisy, pod własnym ciężarem,
waliły się nieoczekiwanie do wody.
Przed rozpoczęciem zabawy należało sprawdzić
czy nie są popękane.
Jeden metr sześcienny śniegu waży co najmniej 500 kg
i może przykładowo człowieka pobrudzić.
Ważny też był kierunek wiatru, bo lepiej gdy fale idą precz,
oraz nasłonecznienie terenu ze względu na rozmrożenie ściany.
Lodzik na brzegu daje możliwość
wypróbowania sprzętu zimowego w boju,
czego nie można zrobić w piachach kępy
lub w zamarzniętej kałuży.
|