|
Wojtek Litwin
Jak mi się zaspy deptało
rzecz o gdańskiej wyprawie Annapurna 96
O prawdziwej wyprawie w Himalaje marzy prawie każdy (chyba?).
Odkąd dowiedziałem się, że planowana jest wyprawa na Annapurnę
uczestnictwo w niej stało się moim marzeniem.
Jednak wtedy wydawało się, to zupełnie nierealne, bo aż za dwa lata.
Prawdziwe przygotowania ruszyły jednak dopiero w rok później.
Warunkiem koniecznym aby uczestniczyć w wyprawie
było zebranie odpowiedniej kwoty pieniędzy,
oraz zaakceptowanie przez zespół.
Rok 96 zaczął się intensywną bieganiną
w poszukiwaniu sponsorów,
potem doszedł Puchar Polski we wspinaczce sportowej
a zaraz potem obrona pracy dyplomowej.
Wszystko to plus niepewność uczestnictwa doprowadziły mnie
do ciągłego bólu głowy przez ponad trzy ostatnie tygodnie
(przeszło mi dopiero w Indiach).
W końcu dzięki pomocy Michała Kochańczyka
(jeszcze raz wielkie dzięki!)
w tydzień przed wyjazdem znalazłem się
na ostatecznej liście szczęśliwców.
Ostatnie dni minęły na pakowaniu się, nadawaniu cargo
i załatwianiu ostatnich formalności.
Oprócz prawie trzydziestu beczek z sprzętem ogólnowyprawowym
każdy z nas miał pokaźny bagaż osobisty.
Na szczęście nie ważą podręcznego bo moja torba podręczna
prawie urywała się pod ciężarem trzech aparatów fotograficznych
i kilku obiektywów różnego typu.
Jeszcze przed zapakowaniem się do samolotu
Michał obdarzył mnie 10 cm plikiem wyprawowych "zielonych".
Gdy zajęliśmy miejsca w samolocie okazuje się,
że jest on za ciężki
i trzeba coś wywalić!
W końcu usuwają skrzynie jakiś Turków,
którzy siedzą sobie spokojnie
z przodu samolotu.
W Kopenhadze przesiedliśmy się na większe letadło
i pofrunęliśmy do Delhi.
W Delhi nastąpił podział sił na rzut kołowy
i grupę szturmową, która poleciała samolotem.
Ja jako początkujący, nie znający klimatów Indii
miałem to w sposób przyśpieszony sobie przyswoić
i tak oto znalazłem się wśród szczęśliwców
którzy mieli wdychać kurz z "autostrad" (i dobrze się stało).
Pierwszy kontakt z Azją to jak cios pałą w głowę.
Niemożliwy sierpniowy upał, smród o tak szerokim spektrum,
że nie da się go opisać,
niesamowity kontrast między pięknymi budowlami
a slumsami z tektury i blachy oraz bogactwem
i skrajną niewyobrażalną nędzą ludzi mieszkających na ulicy.
Napastowani na ulicy przez sprzedawców wszelkiego badziewia i żebraków,
zalewani falami potu zwiedzaliśmy Delhi.
Wszystkich wrażeń nie sposób opisać, trzeba tylko dodać,
że nasza podróż trochę się przewlekła,
a i kilometrów zrobiliśmy niemało.
A należałoby dodać parę słów o naszym środku lokomocji.
W piekielnej maszynie o ognistej nazwie Matador
a wielkości Barkasa czy Żuka blaszaka mieściło się
jedenaście osób
wraz z kierowcami. Nasze toboły jechały na dachu,
a my ściśnięci w środku niczym sardynki zachwalaliśmy widoki
i walory takowego sposobu podróżowania po drogach
o nazwie autostrad a przypominających drogi gruntowe.
Średnia prędkość na trasie to 35 km/h.
Jednak potwierdza się teoria,
że Azję można polubić lub znienawidzić.
Mnie uwiódł wschód, pojechał bym bez wahania drugi raz,
ale cieszę się, że urodziłem się w Europie
Nasz cudowny pojazd nie dowiózł nas jednak do miejsca przeznaczenia.
Łamanie resorów nas nie zatrzymało, dopiero utrata hamulców
i poważne uszkodzenie silnika wyeliminowało nas dosłownie
na przedmieściach Kathmandu.
Spędziłem upojną noc na ladzie straganu,
a ponieważ mój żołądek przestał akceptować potrawy,
którymi go zaszczycałem zraszałem często
ziemię Królestwa Nepalu tym i owym.
Po kilku dniach w stolicy pojechaliśmy do Pokhary,
skąd do ostatniej wioski, do której dochodzi droga dla pojazdów.
Już pierwszego dnia trekkingu okazało się,
że dzienne odcinki są niemożliwe do pokonania,
po pierwsze my nie damy rady, a po drugie jeżeli nawet,
to i tak tragarze dalej nie pójdą.
Na początku szliśmy w strasznym skwarze soczyście go przeklinając.
W końcu naszym prośbom stało się zadość
szliśmy w "ostatnim tchnieniu monsunu",
czyli padającym deszczu o zróżnicowanym natężeniu.
Dzięki temu góry wysokie zobaczyliśmy
dopiero z bazy pod północną ścianą
a w naszej pamięci pozostanie piękno "bieszczadzkiego krajobrazu"
skrzyżowanego z tropikalną dżunglą w deszczu.
W naszej "wycieczce" brał udział jeden klient,
czyli uczestnik komercyjny, który płaci gotówką
i teoretycznie nic go nie obchodzi.
I stąd brały się ciągłe nieporozumienia.
On uważał, że może chodzić z prawie pustym plecakiem
w którym targał podgrzewacze do stóp,
baterie słoneczne, itp. badziewie.
Był on zdobywcą Everestu i Gasherbruma II
i nie popuścił żadnemu chętnemu opowieści o swoich zaletach
i "błyskawicznej akcji szczytowej" w której o mało
nie poniósł śmierci biwakując sto metrów
poniżej wierzchołka (!).
Tony to prawdziwa osobowość.
Gdy wszyscy ochoczo rzucali się do wody aby zażyć kąpieli,
on zadowalał się odpoczynkiem w cieniu lub szybko udawał się
w dalszą drogę.
Jego jedyna koszulka z napisem American Gasherbrum expedition,
niegdyś biała, miała teraz wszystkie odcienie żółci i czerni.
Gdy otrzymał od Michała nową, ubrał ją na starą
Tony dysponował wszelkim sprzętem,
(po wyprawie spakował się w dwie wielkie torby
i 120-litrową beczkę!)
miał wszystko czego dusza zabraknie od książki "Historia Rosji"
poprzez odtwarzacz płyt kompaktowych aż do odżywek węglowodanowych
i cukierków, które potem w tajemniczych okolicznościach
mu skradziono J).
Jego wyprawowy plecak miał pojemność 60 litrów
i po zapakowaniu własnego dobytku
nie było miejsca na rzeczy ogólnowyprawowe, ale to już inna historia
Nasz sielankowy trekking skończył się w ostatniej dużej wiosce
na naszej drodze Lete.
Zboczyliśmy z ceprostrady, by po czterech dniach walki
znaleźć się w sanktuarium. Ale co to były za dni
Forsowanie potoków, walka z pijawkami, marsze w bambusowej dżungli,
wszystko przy padającym deszczu.
Po raz pierwszy kopnęła mnie wysokość,
ale co to był za kopniak
Cały dzień ledwo lazłem pawiując od czasu do czasu.
Drugiego dnia było lepiej bez wymiotowania, ale ledwo szedłem.
Trzeciego dnia stała się rzecz niezwykła.
Tragarz na stromym zejściu upuścił beczkę,
która spadając szybko nabierała szybkości.
Gdy ja ratowałem się ucieczką Michał
przyjął ową 120-litową beczkę (30kg) na klatkę,
po czym obalił ją na ziemię niby jakiegoś chudego zapaśnika.
Niesłychane i powinien za to dostać order za odwagę,
bo mógł poszybować z beczką w czeluść.
Jednak strata kilku namiotów i śpiworów byłaby
nie do odżałowania.
Czwartego dnia czuliśmy bliskość góry,
ale rzeczywistość przerosła oczekiwania,
widok ściany każdy skwitował staropolskim "przecinkiem",
była ona naprawdę wielka
Nasze toboły, całe 3000 kg dostarczył nam
do bazy śmigłowiec Mi-18
w dwóch lotach, które powitaliśmy z ulgą.
Wraz z drugą partią tobołów dotarł do bazy lekarz,
który stwierdził u mnie zapalenie płuc.
Chciało mi się płakać ze złości i przeklinać,
ponad dwa tygodnie w plecy
W czasie gdy leżakowałem, chłopcy założyli obóz pierwszy,
potem drugi, trzeci, zwycięstwo wydawało się bliskie.
Nikt nie sadził, że będziemy w bazie jeszcze ponad miesiąc.
W międzyczasie zapadło kilka bardzo ważnych decyzji.
Zrezygnowaliśmy definitywnie z drogi normalnej
i filara holenderskiego ze względu na niebezpieczeństwo lawin.
Postanowiliśmy zrobić nową drogę filarem N-W.
Jednak to nie było proste, wcześniej już tego próbowano,
ale góra się obroniła trzystumetrową barierą skalną
na wysokości 7500 m n.p.m.
Z bazy nie było widać żadnych jej słabych punktów.
Do obozu II droga pokrywa się z drogą normalną.
Później chłopcy przebili się na grań
pokonując strome pola śnieżne.
Tutaj jednak skończyła się zabawa,
trzeba było wedrzeć się na stromą grań lodową
tzw. Grań Kalafiorów.
Jej czołowy bastion stanowiła turnia,
którą ochrzciliśmy Alpamayo.
Walka o ową grań trwała kilkanaście dni.
W międzyczasie załamała się pogoda,
chłopcy polecieli z lawiną.
W każdym razie Grań w końcu zasiekał Sława
mieszkaniec czarnomorskiej Odessy,
drugi zagraniczny uczestnik naszej wyprawy.
Zdobywca pięciu ośmiotysięczników,
chyba za bardzo napalony, moim zdaniem.
W tym czasie odstawiłem już antybiotyk i pożerając biseptol
wyrwałem się do góry.
Jednak wysokość dawała mi czadu.
Już w jedynce pawiowałem i miałem pioruńskie bóle głowy.
Jednak po trzecim takim numerze jaki wykręcał mi mój organizm
pożarłem więcej pyralginy i ruszyłem w górę.
Podbijając swój rekord wysokości do 5500.
Przepłaciłem za to tak potwornym bólem głowy,
że trudno go opisać.
Jednak stopniowo przyzwyczajałem się.
W międzyczasie przybyli do bazy Belgowie,
którzy również mieli chrapkę
na Annapurnę. Dostałem od nich lek na chorobę wysokościową.
Dzięki owemu specyfikowi miałem jedną noc z głowy,
bo co godzinę oddawałem mocz, co przy ujemnych temperaturach
i silnym wietrze jest dosyć przykre.
Tak więc najlepszym lekarstwem okazała się
rodzimej produkcji Pyralgina.
Nasi Belgowie walczyli jak lwy, ale w końcu zmarnowali siły
na próbowanie wszystkich dróg po kolei.
Ale co najważniejsze zostawili nam w spadku liny poręczowe.
W międzyczasie chłopcy podciągnęli drogę aż pod bastion,
powód naszej niepewności i lęku.
Naszemu Tonemu, który przechwalał się,
że co prawda wspinacz z niego żaden,
ale jak już mu się linę powiesi
to wtedy on pokaże!, rura zmiękła
i tłumacząc się awarią małpy zlazł do bazy.
Mając wyraźny progres formy przebiegłem dosłownie
Grań Kalafiorów,
ostudziła moje zapędy dopiero wysokość
i zanim ledwo co powłóczając nogami zlazłem byłem
świadkiem niemiłej sceny
z Ukraińcem w roli głównej,
który chciał prawie dokonać rękoczynów
na zawsze spokojnym Żółwiu.
Skończyło się na kilku przekleństwach pod naszym adresem
które zawsze zaczynały się w taki sam sposób
"Bo wy Polacy
", ale trzeba to chyba nazwać swojego rodzaju kompleksem.
Pod koniec października bardzo się ochłodziło, często padało.
Po Belgach nie było już śladu, a my ciągle tkwiliśmy.
W końcu po ciężkich walkach na bastionie,
gdzie Andrzej Marciniak dokonał cudów zręczności,
prowadząc wyciągi o trudnościach powyżej V,
został zdobyty szczyt.
Weszły tylko dwie osoby: Sława i Andrzej.
Znowu dopisało nam szczęście, mieliśmy górę,
chłopcy zeszli bez odmrożeń.
Dzień, w którym zdobyty został szczyt był chyba ostatnim w sezonie
kiedy było by to możliwe.
Góra jakby się wściekła, wiatr wiał tak silnie
jak nigdy dotąd.
Wszyscy nagle już dziś chcieli wracać do domu.
Ale to nie było takie proste.
Andrzej podczas zejścia skręcił sobie nogę
co przeważyło szalę
aby wezwać helikopter.
Przyszło nam jednak czekać jeszcze siedem dni.
W między czasie zawaliło nas śniegiem,
wszyscy mieliśmy kłopoty żołądkowe.
Całe dnie mijały na jałowym nieróbstwie i odkopywaniu namiotów,
deptaniu lądowiska dla śmigłowca.
Nieoceniony do oznaczenia lądowiska czerwonym kręgiem okazał się
czerwony barszcz Knorra w pięciokilowej paczce.
Nasz wybawca zjawił się w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Spowodowało to panikę wymieszaną z euforią,
w efekcie pakowaliśmy do śmigłowca niezupełnie spakowane namioty.
Na tej wysokości helikopter MI-18 może zabrać maksymalnie 1600 kg,
my władowaliśmy ponad dwie tony.
Po locie rosyjski pilot stwierdził,
że nie takie rzeczy w Afganistanie robili
Potem już tylko opijanie sukcesu, krótki pobyt w Delhi,
samolot do Danii, upojna noc w Kopenhadze na lotnisku,
po południu dnia następnego lot do Gdańska.
Później można już tylko powspominać,
a wrażenia się zacierają.
Na pytanie jak było, cóż można odpowiedzieć?
Jednym słowem to chyba fajnie, super, zimno, inaczej.
Na pewno chciałbym tam wrócić.
Po powrocie patrzę na wiszące na niebie cumulusy i wypatruję
czy nie wystaje z nich fragment góry,
ale takiej naprawdę dużej jakie rosną tylko w Himalajach.
Po powrocie szybko wraca się do swoich codziennych zajęć
szarej codziennej rutyny.
Zaczyna się marzyć od nowa,
a podobno niebezpieczni są ci co marzą w dzień,
bo ich marzenia stają się planami, a plany można zrealizować.
Pomyśleć, że w normalnym kraju pracującego człowieka
stać na takie wyjazdy każdego roku,
w Polsce trzeba się ciężko napracować,
ale drogą wielu wyrzeczeń można wymarzony cel zrealizować!
Nigdy nie mówcie niemożliwe!
Wiary i wytrwałości w realizowaniu wymarzonych celów
wszystkim wam życzę!
Aby każdy z Was miał swój Everest, Annapurnę
czy północną Giewontu
i żeby góry nas łączyły a nie dzieliły.
|