|
Artur Polański
Może już
Już prawie o zmroku wracaliśmy do namiotów.
Marzyłem tylko o jednym: jeść i spać.
I gdy tak mocno przygarbieni wlokąc za sobą zdruciałe liny
szliśmy wzdłuż skał, mógłbym przysiąc,
że miałem wszystko.
W cieniu doliny już szarzało,
uniosłem głowę jakby chcąc spojrzeć
w jasność nieba ponad nami
i ujrzałem światło odbite w skale.
Iskrzące się promyki zachodzącego słońca
na Może kiedyś.
Stanąłem urzeczony jej pięknem.
To była droga, o której można marzyć.
Piękna. I bardzo, bardzo trudna. Jeszcze zbyt trudna dla mnie.
Stałem tak bojąc się podejść bliżej.
Może kiedyś! śmiali się Hej! Kiedyś.
Może kiedyś będzie moja szeptałem do siebie
Kiedyś.
Już po ciemku rozpaliliśmy ognisko i ugotowaliśmy wodę,
w której właśnie rozmiękały chińskie zupki.
Siadłem tuż przy ogniu, było cholernie zimno.
No łychy w ruki, zaczynamy.
Zaraz też wszyscy siedliśmy w kręgu,
każdy ze swoją chochlą w ręku.
Menażka ruszyła dookoła.
Bystre oczy, wydłużone nosy, wykrzywione gęby bacznie obserwowały,
czy nikt tak zupełnie przypadkiem nie wziął
przy swojej kolejce dwóch
zamiast jednej łyżki zupy.
Na szczęście chleb nie był wydzielany
i można było sobie gryźć do woli.
Było to właściwie nieuniknione,
ponieważ to pieruństwo było niemożebnie ostre.
Te chińczyki jak już coś wymyślą to można zdechnąć.
Aaaaa, aaah sapali wszyscy uuugh.
Tfsss, tfsss spijali ognistą ciecz.
Teraz jeszcze łyk piwa i lulu spać.
Z jękiem wpełzały do namiotów cienie leżące przy ognisku.
Zostałem sam, tępo wpatrzony w żarzące się drewno.
"Spać" krzyczało ciało, "Może kiedyś"
krzyczał umysł.
Ogarnięty niewytłumaczoną złością kopnąłem w ziemię,
prosto w czerwień dogasających gałęzi.
Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze.
Ogarnął mnie dym, pod powiekami zebrały się łzy.
Odwróciłem się i po omacku wsunąłem się do śpiwora.
Sen był szybszy od komara,
który wleciał za mną i siadł gdzieś na ubraniach za głową.
Minęły dwa miesiące. Lato było w pełni.
Nie było prawie dnia, bym się nie wspinał.
Czułem się coraz pewniej.
Znów byliśmy w tych samych skałach.
W ostatni dzień jakby na przekór sobie rzuciłem wędkę
na Jeszcze nie.
Złapiesz mnie, co?
Dobra. Ale gdzie ty się pchasz?
Chcę tylko spróbować. Mogę?
Idź.
Zrobiłem zaledwie dwa przechwyty i byłem z powrotem na trawie.
Znów ruszyłem by puścić się po trzecim.
Mocno wkurzony szarpnąłem jeden koniec liny w dół.
To po co ją w ogóle wieszałeś!?
Po nic! odparowałem Jeszcze za trudna
burknąłem pod nosem.
Może kiedyś.
Z niesmakiem uciekałem spod skały.
Dobrze, że czas było wracać do domu.
Miałem dość łojenia. No, przynajmniej na kilka dni.
Kiedy już wywołałem film,
wśród wielu zdjęć znalazło się
też zdjęcie przepięknej skały,
na której wyraźnie rysowała się linia Jeszcze nie.
Nie miałem już do niej żalu, ta skała była fascynująca.
Powiesiłem ją sobie nad biurkiem.
Sam nie wiem, dlaczego właśnie ją wybrałem,
może to było przeznaczenie?
A może po prostu było to najładniejsze zdjęcie z tej wyprawy?
Mimo woli patrzyłem się często na nie, gdy nastała zima.
Chciałem tam znów być, spróbować jeszcze raz.
Trzeba było podpakować, ostro się wziąć za siebie,
nie leżeć bezczynnie i opychać się boczkiem.
Musiałem się postarać aby rozpocząć
następny sezon w pełni sił,
żeby znów nie tracić czasu na rozruch.
Taaa. Byle do wiosny! Brrr.
Znów był maj, pachniało słońcem, szumiał gaj.
Energia rozpierała dusze i ciała.
Rozbudziły się uśpione marzenia.
Rozpoczął się sezon. Wiedziałem co chcę zrobić.
Plan był bardzo wyraźny i jednoznaczny.
Zakosić Może już. Przewędkować ruch po ruchu.
Połączyć je w kilka serii.
Następnie przełoić ją w całości.
A któreś dnia
poprowadzić.
Po tygodniu morderczej walki stanąłem
pod Może już dygocząc z nadmiaru adrenaliny.
PROWADZENIE. Mój Boże! ale miałem stracha.
Spojrzałem na rząd wiszących ekpresów,
ślicznie błyszczały w przedzierającym się
przez chmury słońcu.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem skały,
była zachęcająco ciepła
i sucha w przeciwieństwie do chłodnej
i jeszcze mokrej od rosy trawy, w której chowały się moje bose stopy.
Przysiadłem na sporym głazie rzucając koszulę pod nogi.
Wyciągnąłem z plecaka buty i z wielkim trudem
wcisnąłem je na stopy.
"Teraz albo nigdy" przemknęło mi przez myśl.
Nie. Nigdy nie mów słowa nigdy.
Jednak obecna chwila wydała się najodpowiedniejszą.
Sprzyjała mi pogoda, wyśrubowana kondycja,
nawet mój partner był pełen optymizmu.
Cóż mogło stanąć mi na przeszkodzie? Nic. Najwyżej ja sam.
Delikatnie wszedłem na połogą półkę
rozpoczynającą Może teraz.
Ostrożnie jak baletnica zbliżałem się do pierwszej,
nieco wysoko zamieszczonej wpinki.
Pierwsze trzy metry zależały tylko od mojego wyczucia równowagi.
Lekko wystraszony niemiłą perspektywą osunięcia się
w dół prosto na sterczący pod skałą głaz nerwowo
wpiąłem się w pierwszy ekspres.
Wróciła pewność siebie.
Teraz czekało mnie pokonanie sporego wybrzuszenia,
po którym czekał mnie zbawczy odcinek pionu.
Łudzony nadzieją rychłego odpoczynku bez dłuższego
zastanawiania rzuciłem się na czekający problem.
Wrraaaahhh! Ugh! Ugh! Eeech!
Sapiąc niczym lokomotywa pokonywałem kolejne przechwyty.
Wreszcie krzywiąc się niemiłosiernie z wysiłku
stanąłem w szerokim rozkroku pod pionowym odcinkiem drogi.
Jak rany, byłem już potężnie zmęczony,
a przede mną jeszcze jakieś osiem metrów przewieszenia
i dwa metry lekko połogiej, niemalże pionowej płyty,
która obfitością chwytów i stopni przypominała lustro.
Zebrałem się w sobie, podrobiłem trochę nogami
aż kolana znalazły się na wysokości prawej ręki
kurczowo trzymającej wielki podchwyt,
następnie nieco desperackim ruchem niezgrabnie wpiąłem
linę w ekspres wiszący prawie pół metra nad głową.
Nie dam rady wyszeptałem.
Trzymaj! zachrypiałem bardziej do siebie niż do partnera
na dole i
puściłem. Lot nie był długi.
Zawisnąłem bezwładnie na linie.
Łoisz dalej? doleciał mnie głos z ziemi.
Nie. Dół! Opuściłem się wściekle
odpychając nogami od ściany.
Może za chwilę, jak odpocznę.
Jeszcze dwa razy odpadałem w tym samym miejscu.
Nie miałem dość sił, by wyjść ponad to cholerne przewieszenie.
Ostatecznie nieco załamany odłożyłem próbę na jutro.
Tuż przed odjazdem do domu miałem dość czasu,
żeby spróbować jeszcze raz.
Nazajutrz padał deszcz.
Minęło kilka lat, zanim ponownie znalazłem się
w tym samym rejonie skał.
Z pewnością byłem bardziej doświadczony,
na pewno byłem też nieco cięższy.
Jednak wciąż drzemały we mnie wielkie ambicje.
Pełen nadziei rozłożyłem linę pod moją ulubioną
niegdyś skałą.
Czy jeszcze jestem w stanie zrobić tak trudną drogę?
Pytałem siebie.
W połowie drogi, gdzie trzeba było szeroko rozstawić nogi
by uzyskać jak najlepszą pozycję do odpoczynku
rozwiał się mój sen.
Już nie potrafiłem się tak dobrze rozciągnąć.
Zamiast odpoczynku rozpaczliwie walczyłem o utrzymanie równowagi.
Zupełnie roztrzęsiony gruchnąłem tyłkiem
w poniższą półkę.
Aaauuu! wyjęczałem Aaaj.
Niepyszny zjechałem na trawę. Już nie
okazała się dla mnie za trudna.
Może kiedyś? Co? Jak sądzisz drogi czytelniku?
|